niedziela, 25 marca 2012

I co będę z tego mieć?

- No wiem pan! Jak tak można!?
- To nie wypada...
- Jak mógł pan tak zrobić...?
Prawdopodobnie niektóre z tych zdań usłyszał każdy z nas. Oczywiście, uwzględniając płeć.
I jak ja mogę być ciągle tą jędzą? Jak ja mogę wam to robić, co? Ludzie, którzy coś dla mnie znaczą często spotykają się z moim jadem. I tym wzrokiem, homo homini lupus... Kocham wilki.

The sky is clear now. Well, not really. It's past 9 p.m. And I can see the stars, shining brightly and twinkling.
To who? Or for who? I'm not good at prepositions or whatever they are called.
English is fine. Lingua Franca as it's known.
I've made a decision. Not so connected with my feelings, but also you can call it worth thinking about.
Future? What it has for you? Hidden in the darkest place...
The light?
Or the tunnel?
Or both?
But... On the other hand, what are you waiting for?
For the applause? The answer should be - yes.
In my sarcastic and quizzical mind, yes. Just waiting for the applause in that sick world. Full of madness.
Well, but in the end of life you don't have the applause.
Just cold and gloomy coffin.
Or not just it. Maybe Heaven? Maybe yes. Why not?
Why not wait for the best? Why don't want to fulfill your dreams?
Have dreams. But help them come true.
If you want to.
And yes, you want to.
You should want.
Yes?
Please say yes...!

sobota, 24 marca 2012

Herbata. To jest to!

Dokładnie. Może i temat znowu bezsensu, ale herbata jest dobra na wszystko. Zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Nie ma to jak kubek z tym płynem. Mmm. I ten zapach.
Dobra. Chore. Wiosna naprawdę może mieć wpływ na nasz umysł. A mi zawsze odbija. Ech.
Odbija mi też, bo teraz mam chwilowy kryzys. Tylko nie wiem jak go można nazwać. Uczuciowy? Hmm, chyba nie. Bo moje uczucia się nie zmieniły. I w tym tkwi ten problem. Po co mam lokować uczucia, skoro i tak z tego nic nie wyjdzie?
Ale... Jeśli wyjdzie? I wtedy będę mieć problem.
Uczucia zostaną. Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie.
A ja zostanę z problemem... I z nimi. I z kubkiem herbaty w dłoni. I z przyjaciółką u boku, patrzącą na mnie tym wzrokiem, mówiącym: "Ej, przecież Ty to Ty. I przecież, jak nie ten to następny..."
No i tak to już jest. Ale może wszystko jakoś pójdzie lepiej?
Zobaczy się. We'll see. Keep fingers crossed.
No ale chciałam coś bardziej mądrego.
Tylko co?
Może o początku i końcu?
Na początku był Chaos. I z Chaosu wyłonili się bogowie... Nie, mitologia grecka tutaj nie zadziała.
A co z Chrześcijaństwem? ...Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz...
Ale koniec to też początek. Prawda? A początek to jakby koniec... Tak filozoficznie rzecz ujmując, można się spierać. Koniec to początek czegoś nowego, a początek to koniec czegoś starego.
A ja? Gdzie jestem? Na końcu czy na początku? A może to początek końca? Albo koniec początku?
Różnie to bywa z moim położeniem.
Teraz chciałabym się znaleźć gdzieś pośrodku... Żeby mieć spokój na jakiś czas. I móc powiedzieć, że wszystko idzie dobrze. I że się na razie nie skończy, bo to co jest, mi pasuje.
I oby tak zostało.
Przynajmniej na jakiś czas.

Keep smiling.
And never use too much sugar.

wtorek, 6 marca 2012

I w końcu mogła usiąść w fotelu...

Właśnie. To znaczy właściwie w końcu znalazłam czas na napisanie czegoś. Szczerze mówiąc, to na nabazgranie kilku zdań i udawanie wielkiej pani filozof w stylu: "Co to ja nie jestem...! Zjadłam wszystkie rozumy, patrzcie i podziwiajcie!".
No może aż tak źle nie jest. Prawda? Ech.
Ostatnio przybył mi rok. Prawdę mówiąc, to nie odczułam żadnej różnicy. Jestem już w pełni świadoma swoich czynów i wszystkiego co zrobię i powiem.
Nic się nie zmieniło. Nie czekajcie aż skończycie ileś tam lat. Nic to nie zmieni. Nie no, nie podchodzę do tego wszystkiego pesymistycznie. Ale czy poczułam się dorosła tylko dlatego, że niedługo będę mieć dowód osobisty? Przy okazji, zapomnieliśmy o świeczkach na torcie. A szkoda... Chciałam pomyśleć życzenie...
Ale chyba chciałam o czymś innym.
Czy mieliście czasem wrażenie, że jedna rzecz zmieniła wasze życie?
Ja tak. Ale kilka razy.
Obejrzenie jednego filmu zmieniło całe moje życie.
Przeczytanie jednej książki zmieniło moje podejście do świata.
Jedna myśl zmieniła całkowicie moją samoocenę.
I tak to już bywa. Może niekiedy zostawiam rzeczy na za późno. Może czasem nic mi nie wychodzi. Może czasem stawiam wszystko na jedną kartę, a jest ona za słaba.
Ale warto czasem dać się porwać życiu, losowi czy innej Sile Wyższej.
Ja daję się porwać jednemu z nich.
I nie żałuję.
Jak to śpiewają The Offspring:
... And now you’ll lead the way
Show the light of day
Nice work you did
You’re gonna go far, kid...

niedziela, 12 lutego 2012

I tylko jeden krok dzielił ją od... Nowej pary szpilek


Tytuł postu nie jest zgodny z jego zawartością, dlatego nie będzie on opublikowany.

Dobra, żart bezsensu. Ale nie umiem jakoś lepiej go zacząć. Tak to już bywa z zimową depresją. Której nie posiadam.
Pierwszą rzeczą, która jest warta uwagi przez tą wiedźmę (czyli mnie), jest przyjaźń. Zaczniecie się śmiać, o ile zdecydowaliście się wejść na tego bloga.
Ale o przyjaźni nie mam zamiaru gadać z ironią. Nie mam zamiaru się z niej naśmiewać.
Z śmierci, a i owszem lubię, ale nie z przyjaźni.
            Przyjaciele to ludzie bez których byśmy nie istnieli. Mówię prawdę. No, może nie dla wszystkich ta „złota prawda ciotki Klotki” jest… E, racjonalnie nieśmieszna.
Tak właściwie to już nie wiem co za głupoty wam pociskam. I kto będzie czytać ten chłam.
Oprócz mojej przyjaciółki. Jedynej. Tak, tak. Tej Best Friend Forever.
I dla niej jest ten pierwszy post.
Wyśmiejcie mnie, kopcie, oplujcie, ale jeśli tylko jej się tkniecie, to gwarantuję, że poznacie, co oznacza „Masakra łyżką stołową”.
Przyjaźń jest rzeczą dziwną. Jest niewytłumaczalna. Bójcie się jej. Bójcie się tego co możecie stracić, gdy stracicie w nią wiarę. Jest bardzo silnym uczuciem. To miłość bez pożądania, jak podaje encyklopedia. To miłość, która nie oczekuje Ochów i Achów podczas… No, wiecie czego. To miłość, której szczyt jest osiągany, gdy dwie osoby poznają się na tyle, że wiedzą, jaki partner byłby odpowiedni dla drugiej osoby.
I tak jest ze mną. Moja przyjaciółka uznała pewnego gościa za odpowiedniego partnera dla mojej osoby. I cóż… No, zobaczymy co z tego wyjdzie. A i ja nie pozostałam jej dłużna – jest taki jeden facet… Mmm, istne ciacho dla niej. No więc kibicuję ich związkowi.
A co do przyjaźni… Jest dla mnie ważna. Najważniejsza na całym świecie (poza utrzymaniem tipsów w całości, oczywiście).
Dzięki pewnej osóbce poznałam co oznacza pójście do centrum handlowego. Nie żartuję.
Jak się poznałyśmy? Ty dobrze wiesz. Ale nasza przyjaźń zaczęła się od filmu z Johnny’m Depp’em – „Czekolady”. Oglądaliśmy go na plenerze i po potoku słów (Znacie to? Kilkadziesiąt tysięcy słów wypływa z waszych ust, a tylko kilka tysięcy nadaje się do logicznego rozumowania) doszłyśmy do wniosku, że kochamy Depp’a. I tak zaczęła się nasza przyjaźń. To ta dziewczyna pokazała mi, że to nie nauka jest najważniejsza. Bo przecież i tak mam średnią 5.0. Ta dziewczyna pokazała mi, jak się śmiać ponownie. Pokazała mi, jak patrzeć na niebo, nie czekając aż spadnie mi na głowę. To ona powiedziała mojemu organizmowi, żeby wziął się w garść i skończył stękać. To ona powiedziała, żeby mój umysł nie robił ze mnie ofiary losu. Dzięki niej chce mi się nadal żyć pełnią życia.
Dziękuję Ci.
A teraz coś dla was – jeśli macie osoby, które darzycie szacunkiem i zaufaniem, ale i tym uczuciem, które nazywa się przyjaźnią, to nie spieprzcie tego.
Nie warto dodać za dużo pieprzu do jakiejś potrawy, bo wtedy zjeść się tego nie da. Dlatego warto coś dobrze ugotować. W tym wypadku przyjaźń.
A więc… Smacznego!